Z racji prowadzenia warsztatów finansowych dla kobiet wysłuchuję ostatnio wiele ciekawych historii o tym, jak pary dzielą finansowe obowiązki w swoich związkach. Kto zarabia, kto za co płaci, kto oszczędza i inwestuje. Niektóre historie są pozytywne i godne naśladowania, inne – nie bardzo. Poniższy wybór jest subiektywny i niekoniecznie reprezentatywny dla większości polskich par. Stanowi jednak ciekawy materiał do przemyśleń – i przyjrzenia się swojemu związkowi.
Moje pierwsze spostrzeżenie jest takie, że chociaż pary dzielą za sobą stół i łoże, zaskakująco często nie dzielą ze sobą kasy. Więcej – nawet o tej wspólnej (?) kasie nie rozmawiają. Dosyć powszechne jest na przykład utrzymywanie osobnych rachunków. Potem z tych osobnych rachunków ona płaci za tzw. codzienne zakupy, a on za te większe, okazjonalne. Codzienne zakupy nie wydają się dużym obciążeniem, ale tu 20 zł, tam 50 zł i zbiera się całkiem pokaźna kwota (ale mało kto dokładnie wie jaka, bo kto by notował te wszystkie wydatki). Ona więc wydaje pieniądze na co dzień, on od czasu do czasu, ona być może w sumie więcej, ale jego wydatki są bardziej spektakularne. Ona zarabia mniej, wydaje dużo, w związku z czym nie ma już na oszczędzanie, za to on, i owszem oszczędza i inwestuje. Ona nie ma pojęcia o jego inwestycjach, dopóki nie dowie się, że właśnie stracili 50 tys. na giełdzie.
Czy jeśli to kobieta zarabia więcej od mężczyzny, jest w lepszej sytuacji? Niekoniecznie. Może mieć wtedy na przykład w domu uroczego artystę-lekkoducha, który jest ponad te przyziemne problemy i wspaniale czuje się będąc na utrzymaniu żony. Albo niedoszłego biznesmena-fantastę, który ma mnóstwo, często świetnych pomysłów na zarobienie pieniędzy, tylko jakoś żaden z nich nie doczekał się nigdy realizacji.
Najgorzej jest jednak, kiedy ona nie pracuje. Dosyć powszechne jest wtedy wydzielanie kobiecie przez mężczyznę konkretnej kwoty miesięcznie. Oczywiście mężczyzna nie robiąc codziennych zakupów nie bardzo się orientuje, co ile kosztuje, w związku z czym wydzielana kwota nijak się ma do wydatków. Kłótnie z serii ‘ale na co ty tyle wydajesz?’ są więc na porządku dziennym. Inna opcja: ona po prostu prosi go o pieniądze, kiedy już wyda to, co dostała wcześniej. Czuje się jednak poniżona koniecznością proszenia, więc zwleka z prośbą, jak długo się da. Zdobywa się wreszcie na odwagę i prosi go tuż przed jego wyjściem do pracy. On akurat nie ma gotówki, więc słyszy ‘to nie będziesz dziś jadł obiadu!’. Murowany patent na kilka cichych dni. Bywa i tak: on daje jej kartę do swojego rachunku. Niby wszystko fajnie, ale w ten sposób on dokładnie kontroluje wszystkie jej wydatki, natomiast ona zupełnie nie ma pojęcia, ile i na co on wydaje. Warto też pamiętać, że czas, kiedy kobieta nie pracuje jest z punktu widzenia wysokości jej przyszłej emerytury czasem straconym. Wypadałoby, żeby w tym czasie odkładała na III filar, ale niestety nie jest to powszechnym rozwiązaniem. Zazwyczaj jest jak wyżej – to on oszczędza.
Ale są też fajne historie. Znam na przykład parę, w której mąż wypłacał żonie na wychowawczym taką pensję, jaką zarabiała przed urodzeniem dziecka aż do momentu, kiedy wróciła do pracy. W dodatku sam to zaproponował! Inny wypłacał ¾ pensji i to także jest jak najbardziej w porządku. Jeśli z powodu zaprzestania pracy przez kobietę dochód gospodarstwa domowego się zmniejsza, to oboje powinni ponieść tego konsekwencje. Czyli jeśli ona nie może się umówić z koleżankami w kawiarni, bo ich nie stać, to on też nie chodzi z kolegami na piwo.
Jaka jest moja recepta na te wszystkie problemy? Pierwsza jest oczywista: wspólny rachunek, do którego oboje mamy dostęp oraz podgląd na to, co się na nim dzieje. Jeśli para z różnych powodów nie decyduje się na wspólny rachunek wystarczy otworzyć trzeci i wpłacać na niego środki na wspólne wydatki (po uprzednim precyzyjnym określeniu, które to są) – proporcjonalnie do zarobków. A kiedy jedna osoba nie pracuje? W takiej sytuacji dochody osoby pracującej uznajemy za wspólne dochody gospodarstwa domowego i pod koniec miesiąca to, co zostanie dzielimy na pół, po czym każdy robi, co mu się podoba: wydaje, oszczędza, pełna dowolność; radziłabym jednak choć trochę oszczędzać.
Proste? Wystarczy porozmawiać. I to już nie jest takie proste…
O tym, jak rozmawiać o pieniądzach – w następnej notce.