TK Maxx
Jest taka sieć sklepów w Stanach Zjednoczonych (i nie tylko), o której często można przeczytać przy okazji tematu oszczędzania, oszczędnych zakupów i dbania o finanse osobiste w ogólności. Sieć ta nazywa się TJ Maxx, a w Europie działa pod szyldem TK Maxx. Piszę o niej, ponieważ niedawno otworzyła w Warszawie dwa sklepy, z których jeden parę dni temu odwiedziłam. Moje pierwsze wrażenie – second hand. Taka sama zbieranina najróżniejszych ubrań, zazwyczaj pojedynczych sztuk, wiszących na niekończących się wieszakach. Pogrupowanych rodzajowo: kurtki, bluzki, spódnice, bielizna, buty, torebki, dodatki itd. A także np. sprzęt sportowy, eletroniczny i różnego rodzaju gadżety. O dziwo, przynajmniej w dawnych Domach Centrum, nie widziałam rzeczy dla dzieci. W przeciwieństwie do second-handu wszystko jest jednak nowe, czyli właściwie – outlet.
Sieć reklamuje się w Polsce sloganem: „marki znanych projektantów do 60% taniej.“ No rzeczywiście, wisi tam parę sztuk rzeczy Calvina Kleina, Jil Sander, Stelli McCartney, Pucci, czy moje ulubione Missoni, które wreszcie mogłam obejrzeć z bliska, a nawet dotknąć (na mierzenie nie miałam czasu), ale umówmy się, że nie to stanowi główną atrakcję dla przeciętnego klienta sklepu. Główną atrakcją, jak sądzę, powinna być możliwość kupienia dobrych jakościowo rzeczy w niskiej cenie. Trudno mi się wypowiadać na temat jakości, bo większości tych marek nie znam, choć wiele rzeczy wyglądało co najmniej przyzwoicie. Jeśli ktoś jednak liczy na tanie zakupy, to się przeliczy, bo w Tk Maxx generalnie super tanio nie jest. Co nie znaczy, że nie można znaleźć perełki (z taką zresztą wyszłam:). Największą jednak wadą tego sklepu dla osoby, która chce unikać nieprzemyślanych i niepotrzebnych zakupów jest to, że to jest właśnie tego rodzaju sklep, który do takich zakupów wręcz skłania. Trzeba mieć naprawdę ogromną siłę woli albo przyjść z niezwykle stanowczą koleżanką, ewentualnie ściśle odliczoną ilością gotówki, żeby nie wyjść stamtąd z wielkim naręczem niekoniecznie potrzebnych rzeczy. Tym bardziej zaskoczyła mnie spora ilość kobiet w wieku na oko emerytalnym, czyli zazwyczaj nie dysponujących nieograniczoną ilością środków.
Co jeszcze? Tk Maxx może być dobrym rozwiązaniem dla osób o większych rozmiarach. Jest tam sporo ubrań w rozmiarach 50+, a także damskie buty 42+ – to duża rzadkość. Drugi koniec skali, czyli rzeczy dla kobiet filigranowych, występują raczej w mniejszym wyborze. Za to jeśli chodzi o bieliznę jest raczej kiepsko. Obwody staników poniżej 70 i miseczki powyżej D w zasadzie nie występują. TK Maxx wydaje mi się też niezłym pomysłem na kupienie względnie tanich ciuchów na jednorazową imprezę, może się więc przydać na nadchodzące szaleństwa sylwestrowo-karnawałowe: jest naprawdę spory wybór imprezowych sukienek i torebek, trochę gorzej z butami.
Podsumowując: dla poważnie zaciskających pasa oraz osób skłonnych do zakupów pod wpływem impulsu – zdecydowanie nie. Do zadań specjalnych – czemu nie.
Przeczytaj również:
Jak wydawać mniej pieniędzy na ubrania?
Ubrania do zadań specjalnych.
Uzależnienie od zakupów.
2 Komentarze »
RSS dla komentarzy do tego wpisu. Link do wpisu




„Trzeba mieć naprawdę ogromną siłę woli albo przyjść z niezwykle stanowczą koleżanką, ewentualnie ściśle odliczoną ilością gotówki, żeby nie wyjść stamtąd z wielkim naręczem niekoniecznie potrzebnych rzeczy.” Może wystarczy nie być zakupoholiczką ?
Byłam w TKMaxx w Blue City w dniu otwarcia, kupiłam sobie jeden niedrogi żakiecik, tak trochę dla spróbowania, ale o dziwo bardzo fajnie się sprawdza.
Miałam pieniądze i chętnie kupiłabym coś jeszcze, ale nie widziałam tam nic innego, co przyciągałoby mój wzrok i co miałabym ochotę kupić. W dziale wystroju wnętrz było trochę ładnych rzeczy, ale wcale nie były tanie, więc nie nadawały się na taki impulsowy zakup (np. kubek za 5 zł kupiłabym, za 25 zł nie). Dużych rozmiarów bardzo niewiele.
Tak sobie teraz pomyślałam, że wybór towarów pewnie dość często się zmienia i akurat, kiedy byłam był spory wybór ubrań i butów w dużych rozmiarach, ale za dwa tygodnie, albo w innym sklepie, może być zupełnie inaczej. Ale to na razie tylko moje przypuszczenie.
Myślę, że nie trzeba być aż zakupoholiczką, wystarczy tak zwana „lekka ręka” do wydawania pieniędzy, żeby stracić kontrolę. I niestety takie osoby często nie patrzą na cenę, za to na przykład łapią się na slogany o „prawdziwych okazjach” i zniżkach do 60%.